Czy galerianizm jest chorobą XXI wieku?

Świątynia kapitalizmu, wyzysku klasy średniej, miejsce spotkań młodzieży, i co straszniejsze, również dzieci, także z rodzicami. Galerianki mogą się schować! Centrum handlowe stało się tym, czym jeszcze nie tak dawno był kościół. Teraz na galerie przeniósł się ciężar ludzi, którzy chcą pokazać się z jak najlepszej strony i znaleźć akceptację wśród społeczeństwa. 

Problem ten miałem głęboko w poważaniu, do czasu, aż zwrócił mi na niego uwagę znajomy w Poznaniu. Moja lokalna galeria do tej pory nie była czymś, co potrafiło ściągnąć do siebie rzesze głodnych zauważenia młodych osób, a jeździć do Lublina tylko po to, żeby połazić od sklepu do sklepu jakoś mnie nie rajcowało. Fastfoody skoncentrowane w jednym sektorze takiej galerii potrafią wygenerować potężny ruch. Wystarczy mi porównanie galerii Venus do Plazy z Lublina.

W Poznaniu jest to jeszcze bardziej spotęgowane. Większe miasto, bliżej zachodniej Europy, ludzie więcej zarabiają i więcej wydają. Tam to jest dopiero cyrk. Chociaż i Poznań może się schować z w porównaniu do Alexa w Berlinie. Wszędzie jednak występuje te samo zjawisko. Jest tam od groma ludzi, którzy niekoniecznie są tam po to, żeby robić jakiekolwiek zakupy.

Kiedyś do kościoła chodziło się w niedzielnych ubraniach. Najładniejszych, najdroższych, które wkładało się na siebie tylko w niedziele i na święta, i to tylko na okres od wyjścia z domu do powrotu ze mszy. Nikt nie chciał wyjść na biedaka przy sąsiadach, którzy tylko wyczekiwali chwili nieostrożności, aby wytknąć, że Kowalską spod piątki nie stać na eleganckie i wymuskane ciuchy dla swoich dwóch synów, którzy śmieli przyjść do świątyni w spoconych koszulkach i krótkich spodenkach. W dodatku sandały mieli wybrudzone piachem po porannej wizycie w bazie.

Teraz to samo zjawisko ma miejsce w centrach handlowych i galeriach. Dzieciaki i młodzież odwalają się w najbardziej SWAGowe ciuchy, na jakie naciągnęli rodziców. O świcie pędzą do fryzjerów, żeby ułożyli grzywkę na Justina Biebera. Sprawdzają, czy iPhone już się naładował, dzwonią do ziomali i ustawiają się w KFC lub McDonaldzie (to zależy od wieku, ci starsi stołują się tylko w KFC, no chyba, że uważają się za hipsterów, nie wiem, gdzie tacy jedzą swoje sushi).

W sumie to jeszcze spoko. Po prostu miejsce spotkań zmieniło się z boiska czy placu za blokiem, na bardziej bogate. To samo stało się z eksponowanymi cechami. Już nie liczy się, na jak wysokie drzewo wejdziesz czy jak szybko biegasz, ale to, jakie metki mają twoje ubrania i jak drogiego masz smartphona. Zdaje się, że studenci już weszli na wyższy poziom świadomości i mniej się chwalą takimi przyziemnymi sprawami.

Zakochani też są spoko. Przynajmniej wiadomo, kto i jak podchodzi do relacji damsko-męskich. Nie wyobrażam sobie zabrać dziewczynę do galerii na spotkanie, chyba, że zostałbym przyparty do muru dwudziestoma kałachami z bagnetami, gwardią carską, assassynami i ninja. To już tak spadł poziom kreatywności?! Wypadłem z obiegu na kilka miesięcy, ale nie sądziłem, że liczba zakochanych spędzających czas w centrach handlowych wzrasta. Rozumiem jeszcze zimę czy naprawdę psią pogodę. Dziewczyna, która będzie ode mnie wymagać chodzenia po galeriach z miejsca strzela sobie w kolano. Arrow to the knee bitch!

Prawdziwym ewenementem na skalę światową są całe rodziny, które spędzają cały dzień w takich miejscach. Poranny spacer od sklepu do sklepu, przerwa na obiadek w KFC czy u innego turasa, dalsze zwiedzanie sklepów. Pod koniec dnia może nawet coś kupią. Chodzą takie lemingi przez cały dzień i świecą swoim nienagannym strojem. Teraz ubiór w kościele nie ma znaczenia, a Kowalska dokładnie przypilnuje, żeby jej synowie byli ubrani dokładnie tak jak chłopcy z lookbooka Croppa. Nie dajcie bogowie jak wcześniej byli jeszcze w bazie. Oh. Wait a second, jaka baza?!